Strona Główna > Publikacje > Co dalej z gimnazjami?
Są przynajmniej dwa powody, aby podjąć próbę znalezienia odpowiedzi na określony w tytule dylemat. Po pierwsze - bo niedawno minęła dziesiąta rocznica przyjęcia pierwszych uczniów do tego nowoutworzonego, w ramach ówczesnej reformy strukturalnej, typu szkoły. Po drugie - bo właśnie przed kilkoma dniami politycy PiS, ustami jednego z liderów Zespołu Pracy Państwowej, odpowiedzialnego za przygotowanie pakietu projektów aktów prawnych w zakresie oświaty, kultury i nauki - prof. Ryszarda Terleckiego, zapowiedzieli likwidację gimnazjów i powrót do 8-letniej szkoły podstawowej i 4-letniego liceum. Już choćby z tego drugiego powodu rząd premiera Tuska będzie zmuszony do zajęcia w tej sprawie określonego stanowiska. Czy będzie ono jedynie antytezą tezy PiSu, czy też zgodnie z zasadą heglowskiej dialektyki, jest szansa na jakąś syntezę? Zacznijmy od genezy. Narodzinom gimnazjów towarzyszyła żarliwa wiara jego twórców, że będzie to szkoła wyrównywania szans edukacyjnych dzieci z zaniedbanych cywilizacyjnie i ekonomicznie środowisk. Projektodawcy reformy strukturalnej zapowiadali, że gimnazjum będzie szkołą o lepszej kadrze, obficiej wyposażoną w sprzęt oraz pomoce naukowe niż przeciętna szkoła podstawowa z przed reformy. Tworzenie gimnazjów jako nowych placówek miało być także okazją do selekcji najlepszych nauczycieli oraz nowych, twórczych i dynamicznych dyrektorów. Miały to być także szkoły o odpowiednio dużej liczbie oddziałów, a więc efektywniejsze z ekonomicznego punktu widzenia. Aby można było utworzyć tak liczne gimnazja, należało kierować do nich absolwentów kilku szkół podstawowych, co w środowiskach wiejskich zmusiło samorządy do organizowania specjalnego systemu dowozu uczniów. Również w sprawie kadry nauczycielskiej rzeczywistość daleko odbiegła od założeń modelowych. Najczęściej, co jest poniekąd zrozumiałe, pierwszeństwo w zatrudnieniu w gimnazjum mieli nauczyciele tych szkół podstawowych, z których je tworzono, czasem nawet ci, którzy mieli kwalifikacje do nauczania początkowego i musieli się przekwalifikować. Analizę skuteczności projektu „Gimnazjum" należy zacząć od tego właśnie, koronnego argumentu jego twórców. Od założenia, że miało ono wyrównywać szansę startu młodzieży do szkół średnich i wyższych. Aby nie być gołosłownym wystarczy porównać wyniki egzaminu gimnazjalnego w podziale na kategorię środowiska w których szkoły te pracują. Od 2002 r. systematycznie spadają gimnazjalne wyniki w gminach wiejskich i wiejsko-miejskich. Oznacza to, że trafia tam najsłabsza młodzież, którą uczą nie zawsze najlepsi nauczyciele. Jest to dowód, że najważniejszy argument przemawiający za skupieniem uczniów wywodzących się z kilku szkół podstawowych, w okresie życia zwanym adolescencją, w jednej placówce, na okres zaledwie trzech lat, nie sprawdził się! Natomiast „gołym okien", bez konieczności prowadzenia poważnych badań naukowych, widoczne są liczne mankamenty tego rozwiązania. Najbardziej dobitnie problem dysfunkcjonalności tak tworzonego i zorganizowanego środowiska wychowawczego dał o sobie znać w chwili głośnego samobójstwa uczennicy jednego z gdańskich gimnazjów, które to tragiczne zdarzenie zwróciło uwagę na okoliczności w jakich do niego doszło. A że stało się to w czasie , gdy ministrem edukacji był młody polityk Ligi Rodzin Polskich, z wykształcenia prawnik - Roman Giertych, wywołało to nie tylko falę krytyki szkół w ogóle, a gimnazjów w szczególności, jaka przewaliła się przez polskie mass media, ale także szereg przedsięwzięć i projektów rozwiązań organizacyjno-administracyjnych - w resorcie edukacji właśnie, niestety, prawie wyłącznie o charakterze izolacyjno-represyjnym, a nie prewencyjno-wychowawczym. Ubolewać należy nad tym, ze nikt z władz nie podjął wtedy decyzji zlecenia pogłębionej analizy przyczyn agresji i innych przejawów patologicznych zachowań uczniów, ze szczególnym uwzględnieniem środowiska gimnazjów. Niewiele miesięcy po tych wydarzeniach zaszły zmiany personalne w kierownictwie resortu, a wkrótce potem, w wyniku wyborów, powstał nowy rząd, który obiecał nową politykę edukacyjną. Nim przejdę do opisu sytuacji po dwu latach rządów koalicji PO - PSL, chcę jeszcze powrócić do przedstawienia obrazu gimnazjów w pierwszych latach ich funkcjonowania. A był to, od początku, obraz nie tylko że nie jednoznaczny, ale wręcz dychotomicznie antagonistyczny. Z jednej strony - ekipa reformatorów przedstawiała gimnazja, jako panaceum na wszelkie mankamenty systemu edukacji, na plan pierwszy wysuwając swoją troskę o jakość edukacji w tym newralgicznym, jak pisano, ogniwie systemu ,w tym szczególnie podkreślając akcję zakupów „gimbusów", które miały bezproblemowo załatwić dowóz uczniów do gimnazjów na terenach wiejskich. Z drugiej strony, już w pierwszym okresie tworzenia gimnazjów, pojawiało się wiele publikacji, ukazujących słabe strony tego rozwiązania. Jednym z pierwszych przykładów jest artykuł, opublikowany w Nr,9/1999 „Wiedza i Życie" przez Włodzimierza Zielicza, nauczyciela matematyki i fizyki w XXXIII Liceum Ogólnokształcącym im. Mikołaja Kopernika w Warszawie, zatytułowany „Edukacyjna rewolucja". Autor o gimnazjach tak w nim pisał: „ Zamiast planowanych 3,5 tys. gimnazjów powstało ich ponad 5 tys. Z tego sporą część stanowią tzw. gimnazja wirtualne. Realny jest w nich tylko dyrektor, natomiast klasy gimnazjalne powstać mają w kilku szkołach podstawowych - po prostu obecne klasy szóste, zamiast stać się siódmymi, otrzymają nazwę pierwszych gimnazjalnych. Małe szkoły więc pozostały, a przybyło etatów dyrektorów "szkół wirtualnych". Jednak najważniejszą publikacją tamtego okresu, krytycznie analizującą reformę edukacji z 1999 roku, a zwłaszcza jej wiodącą obietnicę, była książka profesor Marii Dudzikowej <Mit o szkole jako miejscu „wszechstronnego rozwoju ucznia">, której pierwsze wydanie z 2001 roku zawierało gruntowną analizę sytuacji społecznej, w której życzeniowy świat władzy rozmija się z realiami praktyki szkolnej. Dotyczyło to także gimnazjów, których utworzenie Autorka ocenia, cytując opinie zajmujących się tym problemem innych badaczy. Oto jedna z nich, Ewy Malewskiej - z jej publikacji p.t. „U początku reformy oświaty w regionie warmińsko-mazurskim" z roku 2000. : „Niekorzystna jest też, ze względu na wychowanie i opiekę, często zła lokalizacja setek gimnazjów, mających już wprawdzie własne siedziska „na stałe", ale odległe od miejsca zamieszkania uczniów i nauczycieli, skazanych na stratę czasu, zmęczenie spowodowane wielogodzinnymi dojazdami i niemożnością spożywania ciepłych posiłków „brak świetlic, stołówek)". W drugim wydaniu tej książki, z roku 2004, znajdujemy dodany rozdział, zatytułowany „Suplement: ... a świstak siedzi i..." Pisany był w czasie, gdy rządem lewicowym kierował Leszek Miller a ministrem edukacji była Krystyna Łybacka. Zmiana ta spowodowała, jak pisze profesor Dudzikowa, że „Dziś (...) „wizja z misja": przeszły do historii wraz z drukowanymi kredowym papierze zeszytami MEN-owskiej Biblioteczki Reformy, na których treść z nadejściem nowej ekipy nikt się nie powołuje." Nieco dalej czytamy „Ministerstwo zmieniło nazwę na MENiS, co było raczej rytualnym gestem aniżeli próba zradykalizowania poczynań reformatorskich, i które wymagałyby zarówno kompetencji merytorycznych, jak i odpowiednich finansów, a także odwagi na przeprowadzenie profesjonalnej analizy sytuacji, by w następstwie odciąć się od mitologii chciejstwa, które kontynuowało założenia reformy, a które raz po raz objawia się w mało spójnych pomysłach czy zaleceniach kierownictwa resortu." (str. 198) Na dalszych stronach książki znajdujemy dwa przykłady badań, podejmujących kluczowe dla uzasadnienia sensu istnienia gimnazjów, problem, jakim miało być zmniejszenie nierówności w dostępie do edukacji. I tak, Autorka suplementu przytacza wyniki badań dra Romana Dolaty z Uniwersytetu Warszawskiego ( R.Dolata, Procedury rekrutacji i dzielenia uczniów na oddziały w gimnazjach - ocena z perspektywy nierówności społecznych w edukacji, 2002 r.) : „System szkolny (...) odpowiada za to, że nauka w oddziałach szkolnych polskich gimnazjów przebiega w skrajnie zróżnicowanych warunkach społecznych. Ponieważ warunki te wyznaczają szanse gimnazjalistów na szkolny sukces, można przyjąć, że polski szystem szkolny przyczynia się do nieusprawiedliwionego różnicowania uczniów. Polskie gimnazja aktywnie uczestniczą w reprodukcji nierówności społecznych" Kolejnym dowodem na nieefektywność gimnazjów w osiąganiu celu, jakim miało być wyrównywanie szans edukacyjnych młodych Polaków są, przywołane na str.223 książki M. Dudzikowej badania, jakie w tym samym czasie prowadziła profesor Maria Czerepaniak-Walczak z Uniwersytetu Szczecińskiego. Objęła nimi 40 gimnazjów z woj. zachodnio-pomorskiego. W swej publikacji prezentującej ich wyniki ( M. Czerepaniak-Walczak, Świadomość podmiotów edukacji gimnazjalnej - perspektywa pedagogiczna, Szczecin 2002), napisała: „w gimnazjum zachodzi proces adaptacji uczniów do nowych nierówności w społeczeństwie informacyjnym. (...) Młodzi ludzie, bardziej lub mniej świadomie, na im miejsce w strukturze społecznej." Kolejną autorką, na której teksty powołuje się Autorka „Mitu o szkole..." jest dr hab. Marta Zahorska z Zakład Socjologii Oświaty i Wychowania Uniwersytetu Warszawskiego, która w pracy „Szkoła: między państwem, społeczeństwem a rynkiem, 2002" napisała: „Paradoksem reformy jest to, że przedsięwzięcie, które miało przyczynić się do wyrównywania szans -tworzenie gimnazjów stało się czynnikiem silnie je różnicującym[...] Nieoczekiwaną konsekwencją tworzenia gimnazjów w warunkach silnych ograniczeń finansowych stało się także pogorszenie w wielu gminach warunków funkcjonowania szkół podstawowych." Niestety. I ta ekipa rządowa nie wyciągnęła z tych, wszak nie utajnionych, wyników badań żadnych wniosków. Minister Łybacka co prawda dokonała pewnych retuszów w strukturze systemu szkolnego (przywrócono zlikwidowane przez poprzedników technika, wyodrębniono licea ogólnokształcące, pozostawiając licea profilowane), jednak w sprawie dalszego istnienia gimnazjów, a przynajmniej dla zminimalizowania widocznych już zagrożeń w ich funkcjonowaniu, nie uczyniła nic, co wykraczałoby poza, jak to określiła M. Dudzikowa, „strategiczne zadęcie" . Po 2005 roku, jak to już napisałem, edukacją zarządzała ekipa z Ligi Rodzin Polskich, która jakość edukacji w gimnazjach zamierzała poprawić na zasadzie „usuwania zgniłych jabłek", czyli przenoszenia uczniów sprawiających trudności wychowawcze do specjalnych placówek, zwanych eufemistycznie Ośrodkami Wsparcia Wychowawczego, w których mieliby oni przebywać od 14 dni (!) do 12 miesięcy. Innych pomysłów na poprawę jakości wychowawczej i dydaktycznej gimnazjów (poza zliczaniem ciężarnych uczennic) panowie Roman Giertych i Mirosław Orzechowski nie mieli. Od dwu lat obserwujemy reformatorskie działania kolejnej ekipy, której edukacyjną twarzą jest minister Katarzyna Hall. Nie wnikając w tym miejscu w całościową analizę i oceną wdrożonego już projektu reformy programowej, zwrócę uwagę jedynie na ten jej fragment, który dotyczy gimnazjów. W nowej koncepcji nie zmieniono istoty systemu szkolnego - pozostał w takim kształcie, jak go zaprojektował minister, profesor Mirosław Handke. Aktualnie rozpoczęta reforma, nie naruszając układu etapów edukacyjnych, wprowadziła zmieniony układ treści nauczania, co skutkowało nowym rozporządzeniem o podstawach programowych. Nowa podstawa zmienia zasadniczo podejście do układu treści, które do tej pory komponowane były oddzielnie dla trzyletniego cyklu ich realizacji w gimnazjum i oddzielnie dla szkoły ponadgimnazjalnej. Jak napisano w uzasadnieniu nowego rozporządzenia, proponuje się złączenie programowe gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej, którego celem jest unowocześnienie programu szkoły i uniknięcie mało skutecznej, dwukrotnej, pośpiesznej realizacji tych samych treści programowych - najpierw w gimnazjum a potem w liceum. Wprowadzenie komplementarności programowej między gimnazjum i szkołą ponadgimnazjalną to kluczowa decyzja zapisana w podstawie programowej. I to jedyna (obok wprowadzenia obowiązkowej nauki drugiego języka obcego) zmiana w gimnazjach, jakiej dokonał rząd PO i PSL. Jak postąpi rząd Donalda Tuska wobec ogłoszonej już koncepcji głównej partii opozycyjnej - PiS, która zakłada kolejną rewolucję w strukturze systemu szkolnego w Polsce? Jak powiedział w wywiadzie dla „Polityki" prof. Ryszard Terlecki - odpowiedzialny w niedawno powołanym przez tę partię Zespole Pracy Państwowej za edukacje, będzie dążył „ do zlikwidowania gimnazjum w obecnym kształcie. Na razie rozważamy dwa podstawowe scenariusze. Pierwszy zakłada 3-letnią szkołę elementarną (klasy I-III), potem 5-letnie gimnazjum i 4-letnie liceum." I drugi wariant: „Przywrócenie 8-letniej szkoły podstawowej i 4- lub 5-letniej średniej." Odpowiedzią na takie projekty mogłaby być koncepcja, której „filozofię: widać już w nowej, wspólnej podstawie programowej dla gimnazjów i liceów. Byłby to powrót do nie do końca ujawnionych przez ekipę Handke - Dzierzgowska planów z przed dziesięciu lat. Były minister tak o nich mówił w wywiadzie, którego udzielił w październiku 2006 roku Kamilowi Durczakowi w radiu RMF FM „Nie wolno wyrywać gimnazja z kontekstu całej reformy. [...]. Istotą gimnazjum było oddzielenie od szkoły podstawowej, ale skierowane wyraźnie na szkołę licealną. Stąd wprowadziłem zakaz łączenia gimnazjów ze szkołą podstawową. [...] ... bo miał być system 6+6, czyli gimnazja, tam gdzie nie było liceum miały tworzyć klasy licealne. Z kolei tam, gdzie były mocne licea miały one tworzyć klasy gimnazjalne." A więc, może wyjściem z dylematu: „Gimnazja - pozostawić, zreformować czy zlikwidować?" będzie właśnie poszukanie optymalnego kierunku ich zreformowania, polegającego na poszerzeniu ich o kilka lat przed, lub kilka lat po dotychczasowym okresie ich oddziaływania na rozwój młodych ludzi? Moim zdaniem, o tym czy byłaby to wersja prof. Terleckiego (3 lata szkoła elementarna + 5 lat gimnazjum + 4 lata liceum), czy prof. Handke ( 6 lat szkoła podstawowa + 6 lat gimnazjum i liceum) nie powinni decydować wyłącznie politycy, którzy mając większość parlamentarną przesądzą w głosowaniu sejmowym która prawda jest prawdziwa. Decyzja, aby nie była kolejną, która ostatnie się jedynie na okres kolejnej kadencji sejmu (i rządu), powinna być poprzedzona pogłębioną, naukową diagnozę stanu obecnego, wzbogaconą o ekspertyzy specjalistów a następnie należałoby przystąpić do wypracowania, przy kolejnym „okrągłym stole", jako owej dialektycznej „syntezy" przeciwieństw, ostatecznego, podzielanego przez wszystkich modelu polskiej edukacji. Za stołem powinni zasiąść politycy, uczeni: pedagodzy, psycholodzy, socjolodzy, politycy społeczni, politolodzy, a także wybitni praktycy oświatowi i przedstawiciele nauczycielskich związków zawodowych. Wszyscy oni, w dobrze pojętym interesie narodowym, wznosząc się ponad podziały polityczne, powinni wypracować spójną koncepcje systemu edukacji, którą przez następnych co najmniej kilkanaście lat wdrażałyby kolejne ekipy rządowe - niezależnie od ich proweniencji politycznej. Włodzisław Kuzitowicz Powyższy artykuł ukazał się w "Gazecie Szkolnej" Nr.49/2009 |